Blog > Komentarze do wpisu

Simnos - część VII

I proszę, zdążyłem przed północą :) Trochę się rozleniwiłem, bo zwykle to było po północy w niedzielę, ale najważniejsze, że wogóle udało mi się wstawić. Miłej lektury!

Simnos - część VII

 

 

W pomieszczeniu panowała cisza. Burmistrz skończył prawdopodobnie najtrudniejsze w swoim życiu przemówienie. Nikt się nie odzywał. Kobieta miała taki wyraz twarzy, jak gdyby przed chwilą spojrzała śmierci prosto w oczy. Osunęła się na ziemię i spuściła głowę. Krople łez pojedynczo spadały na jej obcisłą spódnicę. Płakała, lecz tym razem nie z powodu utraty pracy. Tym razem smutkowi towarzyszyła panika i strach. Simnos oparł się o pulpit po lewej, by poukładać myśli. Kir jako jedyny zachował spokój, ale niestety był po prostu nieświadomy zagrożenia o jakim się przed chwilą dowiedział. Wydawał się w tej chwili małym dzieckiem, które dopiero poznaje świat.

 

 - Więc mówisz, że posiadacie tu specjalny rodzaj wirusa. – Powiedział Leon przez zęby. – I możecie go kontrolować za pomocą komputerów. – Powoli tracił równowagę. – Czy wy oszaleliście?! - W końcu nie wytrzymał i uderzył pięścią rozbijając kolejny w tym dniu panel dotykowy. – I po co wam ten wirus? Żeby odebrać życie ludziom, z którymi mogliście nawet siedzieć w jednym schronie?!

 

 - To nie tak! Nie chcieliśmy być bezradni wobec ewentualnego napadu Warszawę. Kiedy dowiedziałem się, że większość miast przygotowuje się na ataki ze strony innych, nie chciałem być gorszy. Jako burmistrz musiałem dbać o bezpieczeństwo Eronii oraz obywateli, dlatego rozpoczął się tajny projekt mający na celu stworzenie broni biologicznej, kontrolowanej za pomocą komputerów.

 

 - Udało się. Stworzyłeś to, co chciałeś. Masz broń, która może zniszczyć nie tylko twojego wroga, mieszkańców, a nawet ciebie. Usatysfakcjonowany?! – Simnos nie był w zbyt dobrym nastroju. Ogarnęła go furia. Znajdował się właśnie w sercu tajnego laboratorium, w którym wynaleziono najgroźniejszy rodzaj wirusa jaki dotąd istniał. Sytuację pogarszało to, iż można było nim sterować.

 

Osoba zarażona umierała, lecz w dość niezwykły sposób, bowiem ciało pozostawało nieruszone. To mózg pozbawiany był wszelkich informacji i uczuć. To tak, jakby usunąć z niego wszystkie dane. Umysł w jednej chwili uzależnia się od bakterii, więc po jej wyłączeniu ciało umiera. Gdy opanuje ona wszystkie ośrodki zmysłów, to osoba zarażona staje się marionetką tego, kto może kontrolować wirusa. Jednak bakteria potrafi wysyłać jedynie najprostsze polecenia, więc sterujący nie otrzymuje informacji co widzi i słyszy człowiek opętany. Transfer odbywa się tylko w jedną stronę. Z centrum sterowania do mózgu zarażonego. Taka broń pozwalała stworzyć armię kontrolowanych za pomocą wirusa ciał. Naukowcy udoskonalili bakterię do tego stopnia, że opętany nie wyróżnia się prawie niczym od zwykłych ludzi. Jedynym co może wyjawić jego prawdziwą naturę, jest promieniująca słabym światłem rana, która pojawia się na ciele w miejscu, gdzie doszło do zakażenia. Do wszczepiania wirusa służą bronie bezpośrednie, jak i te z dystansu. Wystarczy jeden strzał, aby opętać kogokolwiek.

 

 - Kiedy naukowcom udało stworzyć się tę broń, doszedłem do wniosku, że może to zostać wykorzystane w niewłaściwy sposób. Chciałem to zniszczyć, ale poinformowano mnie o zagrożeniu jakie by z tego wynikało. Próba destrukcji wywołałaby eksplozję, która zniszczy całe miasto.

 

 - To dlaczego nie zrobicie tego gdzieś na środku pustkowia? Przecież teren pustynny idealnie nadaje się do takich operacji. – Simnos próbował jakoś zaradzić na problem, jednak wiedział, że gdyby było to tak oczywiste, już dawno wywieziono by wirusa z miasta i zniszczono w bezpiecznym miejscu.

 

 - Też chciałem tak zrobić, jednak mój zaufany doradca, który jest naukowcem i przyczynił się do tego projektu powiedział, że nawet najmniejszy wstrząs może spowodować mutację wirusa, przez co będzie się rozprzestrzeniał drogą powietrzną, a komputery nic na to nie poradzą. Zresztą ja nie mam głowy do tych naukowych projektów. Panno Evart, czy mogłaby pani sprowadzić doktora Doluma? Jest prawdopodobnie gdzieś niedaleko. Wystarczy, że użyje pani tego mikrofonu. Wiadomość dotrze do każdego pomieszczenia pod ziemią. Panno Evart? Słyszy mnie pani?

 

 - Nie dość, że doprowadziłeś ją do takiego stanu, to jeszcze czegoś od niej wymagasz? Jakim chamem trzeba być, żeby tak postępować. – Burmistrz zawstydził się na te słowa. Niestety Leon miał rację. Na początek doprowadził ją do łez pozbawiając pracy, a teraz gdy już wszystko wydawało się dobrze po raz kolejny spowodował u niej smutek. Simnos podszedł do wskazanego przez niskiego mężczyznę panelu z mikrofonem i wywołał imię, która zapamiętał. Po paru minutach w drzwiach ukazał się chudy mężczyzna. Z wyglądu wydawał się bardzo uporządkowanym człowiekiem, zaś nieskazitelnie biały fartuch lekarski i plakietka przypięta po prawej potęgowały to wrażenie.

 

 - Rivin Dolum, do usług.

 

 - Panie doktorze, proszę wyjaśnić jakie zagrożenia niesie ze sobą próba zniszczenia wirusa.

 

  - Czy pan burmistrz jest pewien. Nie wiem czy te osoby są godne zaufania. – Tu spojrzał z pogardą na Simnosa w brązowym płaszczu, który sięgał aż do ziemi.

 

 - Na pewno możemy im zaufać. Są naszymi sojusznikami i tak samo jak my, chcą dobra tego miasta.

 

 - Wedle życzenia. – Doktor stanął obok burmistrza i zwrócił się do Leona. – Jeśli wirus wydostanie się na powierzchnię obecność Sauretanium w powietrzu spowoduje uwolnienie bakterii. Potrafią się one bardzo szybko poruszać po tych niewielkich pokładach energii. Efektem tego będzie zarażenie całego miasta i brak kontroli nad opętanymi ludźmi. Aby zarazić kogoś, należy skorzystać tylko i wyłącznie z broni do tego przeznaczonej. W innym wypadku wirus przedostanie się do atmosfery i nastąpi mutacja. Po niej nie można go już kontrolować.

 

 - Więc powietrze tutaj jest pozbawione Sauretanium? – Zapytał zdziwiony sam pan burmistrz.

 

 - Oczywiście. Posiadamy specjalne filtry, ponieważ większość badań wymaga środowiska pozbawionego tego pierwiastka.

 

 - Więc sami widzicie. Nie możemy go zniszczyć. Jedyne, co nam pozostaje, to przechować wirusa jak najdłużej. – Dodał mały mężczyzna lekko drżącym głosem.

 

 - I ile zamierzacie go tu trzymać? Myślicie, że Pustia będzie tak wyglądała do końca swoich dni? Przyjdzie czas, że ludzie zaczną wychodzić poza granice swoich miast i osiedlać tereny coraz bardziej od nich oddalone. Jeśli nie wiecie jak go zniszczyć, to pytam się, co zrobicie, kiedy Warszawa zacznie rozmiarami przypominać tą sprzed apokalipsy? Wtedy ilość mieszkańców nie będzie tak mała i nie znajdziecie już miejsca, żeby zniszczyć wirusa. Powrót całej planety do swojej świetności jest tylko kwestią czasu. Nie możecie czekać wieczność. Jeśli epidemia wybuchnie na planecie pełnej ludzi będziemy mieli do czynienia z kolejną apokalipsą, ale tym razem wątpię, aby ktokolwiek pozostał przy życiu. – Simnos bronił się z całych sił. Nie mógł uwierzyć, że zniszczenie wirusa jest tak poważnym problemem. – A co z bronią, która może przechowywać wirusa? Dlaczego nie możecie zrobić narzędzie, które da mu podobne warunki i zniszczyć na pustkowiu?

 

 - Niestety nie jest to możliwe.

 

 - Dlaczego?! – Mężczyzna poczuł gniew, który z każdą chwilą przejmował jego ciało. W końcu podszedł do doktora, złapał go za szyję i przygwoździł do ściany. – Gadaj! Dlaczego?!

 

 - Ja… ja… - Rivin ze strachu nie mógł wykrztusić ani słowa, lecz nie dlatego, że został podduszony. Powód był zupełnie inny. Ciarki przeszły mu po plecach, ponieważ mężczyzna, który go zaatakował nie wyglądał normalnie. Jego tęczówka zabarwiła się na szkarłatny kolor, a źrenice zmniejszyły do rozmiaru maleńkiego punkcika. Spod górnej wargi ukazały się długie i białe kły. Doktor usłyszał ciche warczenie dobiegające z jego gardła. Było to dziwne, a jednocześnie przerażające. Pomimo tego  Simnos pozostał człowiekiem. Wszelkie zmiany zauważył tylko doktor, ponieważ Leon był odwrócony do reszty plecami. Nikt nie dosłyszał również dziwnych dźwięków jakie wydawał. Rivin był przerażony, ponieważ oponent mógł w każdej chwili zaatakować, a on nie był w stanie się przed nim obronić. Prawa ręka, którą złapał za szyję ofiary, zaczęła się powoli zaciskać. Doktor wdychał coraz mniej powietrza do płuc. Powoli tracił zmysły. Jeszcze chwila, a straci życie, gdyż siła jaką dysponował oponent była czymś niecodziennym, nadludzkim.

 

 - Zostaw go. – Odezwał się nagle cichy, zapłakany głos. Sekretarka nie podnosiła głowy. – Co ci da, że go udusisz? Myślisz, że to on jest za wszystko odpowiedzialny? Może to zaledwie jeden z wielu, którzy stworzyli to przekleństwo.

 

                Zapadła cisza. Simnos uspokoił się. Jego oczy, zęby oraz głos wróciły do normy. Puścił na wpół przytomnego doktora, który upadł na ziemię masując szyję. Kobieta ani na chwilę nie uniosła głowy, jednak nie wiedziała, czy Rivin jest przytomny. Jednak po chwili potwierdził cichym głosem, że nic mu nie jest.

 

 - Nie wiem jak to zrobić. Jestem tylko ogniwem potężnego łańcucha, który jest w rękach burmistrza. Nie znam się na broniach. To nie ja tworzyłem te specjalne, przeznaczone dla wirusa. Ci, którzy wymyślili ten oręż zniknęli wkrótce. Byli pierwszymi i do tej pory jedynymi, którzy wydostali się na powierzchnię.

 

 - Chcesz nam powiedzieć, że nie możecie wychodzić na zewnątrz i cały czas przesiadujecie tutaj? – Zapytał z lekkim niedowierzaniem Leon. Gniew jaki spowodował tę sytuację już ustąpił, jednak pojawił się u niego dokuczliwy ból głowy.

 

 - Taką podjęliśmy decyzję. Pracujemy tutaj pod ziemią bez możliwości powrotu. W zamian otrzymujemy wszystko, co chcemy. Pożywienie i ubrania nam wystarczą. Jesteśmy naukowcami, a urządzenia do jakich mamy dostęp, zastępują nam rozrywkę i rodzinę. Nie wymagamy niczego więcej. Podpisując umowę z burmistrzem skazujemy samych siebie na więzienie w tym laboratorium, które jest dla nas rajem.

 

 - Skoro ten wirus jest tak niebezpieczny, to skąd wiecie, że któryś z naukowców nie pokusi się o skradzenie go i wykorzystanie dla własnych potrzeb. Taka rzecz musi być dla nich sporą pokusą, więc dlaczego do tej pory wszystko jest w normie?

 

 - Wszystko przewidziano. Niedaleko stąd jest winda, która prowadzi do zabezpieczonego włazu. Nikt z nas nie może go otworzyć, bo kod zna sam burmistrz. Kiedy tylko uświadomiliśmy sobie o zagrożeniu wirus został zamknięty w czymś, co przypomina skarbiec. Całe pomieszczenie jest zapieczętowane. Odpowiedni materiał i Sauretańska energia zrobiły swoje.

 

 - To czemu nie pozostawicie skarbca. Wystarczy porzucić kod dostępu, a nikt się tam nie dostanie.

 

 - To tak nie działa. Wystarczy odpowiedni wstrząs na powierzchni, żeby wirus mutował, a z powodu małych rozmiarów pomieszczenia może nawet eksplodować roznosząc się po całym mieście.

 

                Simnos miał jeszcze mnóstwo pytań, jednak wiedział, że na każde znajdzie się jakaś logiczna, bądź sprytna odpowiedź. Miał do czynienia z naukowcem, który pomagał w stworzeniu tej Puszki Pandory.

 

 - Czy wie pan, panie doktorze o ataku na miasto? – Zapytał ni stąd ni zowąd burmistrz przerywając milczenie wśród osób znajdujących się w pomieszczeniu. Jego samopoczucie było coraz gorsze. Dopiero teraz dowiedział się jaką rolę odgrywa w tej sprawie. Teraz wiedział po co przybyli ci, którzy napadli na Eronię.

 

 - Pierwsze słyszę. – Powiedział zdziwiony Rivin. – Kiedy to się stało?

 

 - Jeszcze przed wieczorem. Wszyscy żołnierze prawdopodobnie walczą na powierzchni. Jesteśmy bezbronni w tym schronie, jednak mimo to musimy chronić wirusa za wszelką cenę. Jeśli wpadnie w ich ręce, to nie ma już dla nas ratunku. Na początek ra… - Burmistrz nie skończył swojej wypowiedzi, ponieważ ktoś mu przerwał. Do pomieszczenia wbiegł nagle naukowiec. Był cały we krwi. Lewą ręką próbował zatamować krwawienie na prawym ramieniu. Jego fartuch – w przeciwieństwie do tego, który nosił doktor Dolum - był poplamiony krwią, która nie należała tylko do niego. Kulał na lewą nogę i stękał z bólu.

 

 - Już tu są. – Powiedział z całych swych sił, po czym martwy padł na ziemię.

 

                Wszyscy nie mogli uwierzyć w to, co przed chwilą miało miejsce. Terroryści przedostali się do schronu. Obrona na powierzchni została przełamana.

 

 - Musimy stąd jak najszybciej uciekać! – Krzyknął przerażony burmistrz. Kir podbiegł do sekretarki, aby podnieść ją z ziemi. Leon poszedł, żeby mu pomóc. – Rivinie! Szybko!

 

 - Niestety nie mogę na to pozwolić. – Powiedział doktor Dolum ze spuszczoną głową. Na tą wiadomość nie ruszył się nawet o centymetr. Stał wpatrując się w martwe ciało naukowca.

 

 - Ale dlaczego?! – Burmistrz nie mógł zrozumieć, o co mu chodzi, jednak po chwili uświadomił to sobie, gdy ujrzał złowieszczy uśmiech na twarzy Rivina. – Nie proszę… - Dodał z nadzieją w głosie, jak gdyby to miał być tylko żart.

 

 - Zdradziłeś nas! – Simnosa ogarnął gniew, jednak nie był tak intensywny jak wtedy. Zacisnął prawą dłoń i podszedł do doktora. Już chciał uderzyć go z całej siły w twarz, gdy zobaczył, że ktoś celuje do niego zza ramienia doktora Doluma.

 

 - Stać! Nie ruszaj się, albo ta kula przewierci twój mózg na wylot! – Krzyknęła osoba, która mierzyła  do Leona. Odpuścił sobie. Nie miał szans. Znajdował się zbyt daleko nawet od samego Rivina, by zasłonić się nim w ostatecznym wypadku. Do pomieszczenia weszło dwóch ludzi w kominiarkach. Trzymali karabiny maszynowe.

 

 - Ma pan wyczucie czasu. – Rzekł niewzruszony doktor, do osoby za nim. Czuł satysfakcję i podniecenie. W ostatniej chwili uniknął ciosu Simnosa. Wirus jeszcze nigdy nie był dla niego tak blisko, jak dzisiaj. – Nie traćmy czasu komendancie. Robota czeka. – Rivin nie mówiąc już ani słowa więcej odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia. Najbardziej zaufana i wiarygodna osoba okazała się zdrajcą.

niedziela, 20 stycznia 2013, miratis

Polecane wpisy

Komentarze
zombiezombiezombie
2013/01/21 15:15:10
"Jedyne co może wyjawić jego prawdziwą naturę, jest promieniująca słabym światłem rana, która zostaje w miejscu, gdzie ktoś został zarażony." Zamiast "jest" daj "to". Miejsce, gdzie ktoś został zarażony też mi się nie podoba. Skrót myślowy jest zrozumiały, ale brzmi dziwnie ._.
"(...) został podduszony. (...) Doktor wdychał coraz mniej powietrza do płuc. Powoli tracił zmysły. Jeszcze chwila, a straci życie." W tak krótkim czasie nie traci się życia, co najwyżej przytomność. Wybacz, że się czepiam :D
"Jego fartuch - w przeciwieństwie do doktora Doluma - był poplamiony krwią, która nie należała tylko do niego." to "w przeciwieństwie do doktora Doluma" jest zbędne i szczerze mówiąc brzmi trochę zabawnie :D A chyba nie było to twoim celem.
Zły nawyk, kończyć w takich momentach, bardzo zły! Z niecierpliwością czekam na ciąg dalszy :)
-
2013/01/21 23:52:10
Nareszcie jakieś poprawki! :D Już myślałem, że nikt nie czyta moich wypocin. Jeśli chodzi o podduszenie, to wiem, że traci się jedynie przytomność, ale w normalnych warunkach. Tutaj jest nieco inaczej (mam na myśli umiejętność głównego bohatera, która drzemie w jego prawej ręce. Będzie o niej w następnej części. Jednak skoro nie pasuje, to podkreślę to w jakiś inny sposób). Poza tym chodziło mi o fartuch Doluma, a nie jego samego, ale nie ma się co dziwić, skoro tego nie uwzględniłem -.-'. A w pierwszej poprawce jest dobrze słowo "jest", tylko na początku źle napisałem (Powinno być "jedynym").

Dobra, a teraz zię zapytam. Czemuż to "miejsce, gdzie ktoś został zarażony" brzmi dziwnie? :D Hmmm... Chyba, że byłoby "... jest promieniująca słabym światłem rana, która pojawia się na ciele w miejscu, gdzie doszło do zakażenia." Nie wiem, to może jest troszkę lepiej, ale co konkretnie nie pasuje? Jego powiedzmy "schemat" chcę, aby pozostał niezmienny :) Czekam na odpowiedź.
-
zombiezombiezombie
2013/01/23 12:38:12
Nie umiem ci wytłumaczyć, dlaczego tak brzmi. Masz tak czasem, że jakieś zdanie wydaje ci się być nieładne, nawet, jeśli jest poprawne? To bardzo subiektywne, więc najlepiej tego nie zmieniaj. Chyba nie powinnam o tym wspominać. Ale jeśli obchodzi cię moja opinia, to miejsce zakażenia brzmiałoby lepiej.
-
2013/01/23 16:53:43
Tak, jak czytam, też pewne zdania bym zmienił. Oczywiście, że obchodzi mnie Twoja opinia :) I jeśli chodzi o to zdanie, to ktoś jeszcze powiedział, że dobrze jest, ale napisane dość dziwnie. Zmienię to jak tylko uzyskam chwilkę wolnego czasu.